wtorek, 28 grudnia 2010

take your armour off, you're not under attack.

Nie pasuję zupełnie do tego miejsca, w którym tak niepostrzeżenie się znalazłam, nie pasuję zupełnie do tych ludzi, których spotykam (coraz rzadziej, trzeba to przyznać) na swojej drodze.

Około południa siedzę z kubkiem kawy, bez papierosa, a miasto W. okazuje się jak zwykle bardzo małym miastem, miastem, w którym mieszka ponad sześćset tysięcy ludzi, a w którym ty spotykasz kogoś, kogo  w y d a j e  ci się, że wcale spotykać nie chcesz. (Przecież już się odkochałaś, powiedziała kilka dni temu D., a ja miałam ochotę krzyknąć ale przecież, kurwa, nie o to chodzi.)

Kawiarniany stolik, filiżanka kawy, książka przeczytana do połowy, gazeta, którą wzięłam ze stolika obok, łyżeczka oblepiona cukrem.
 
brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś
nawet seks jest banalny i nie kręci mnie

4 komentarze:

  1. właśnie, nie o to chodzi. tylko o masę innych rzeczy (tak przynajmniej myślę, za każdym razem, gdy odbieram pocztę i widzę maila od mężczyzny, co do którego byłam przekonana, że już nigdy więcej go nie zobaczę, nie usłyszę i nie przeczytam ani jednego jego słowa).

    OdpowiedzUsuń
  2. Za każdym razem mam ochotę wołać, że życie jest zabawne z tą swoją dziwną tendencją.

    OdpowiedzUsuń
  3. te miasta mają to do siebie, że spotyka się ludzi, o których ma się ochotę zapomnieć, najmniej spodziewanie. za to jednej jedynej twarzy, której wypatrujesz w każdym przechodniu, każdym kierowcy, sprzedawcy, roznosicielu gazet, nie możesz znaleźć w tym zatłoczonym świecie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Duże miasta są niestety najmniejsze...

    OdpowiedzUsuń