niedziela, 7 listopada 2010

black coffee / bubbles.

Ktoś dzwoni do mnie i mówi na półce w łazience zostawiłaś swój błyszczyk, ktoś inny - dobrze było znów cię widzieć.

Dzień później wracam o 3 w nocy z imprezy w ulubionej knajpie i myślę: jak dobrze, że już za kilkanaście godzin będę na koncercie.

Nieprzyjemna listopadowa aura, deszcz, jedna zmarznięta dłoń schowana głęboko w kieszeni kurtki, druga zmarznięta dłoń trzyma granatowy parasol.

Stoję pół godziny czekając na autobus. A potem wsiadam w ten, który niezupełnie jedzie we właściwym kierunku, wysiadam z niego na przystanku położonym najbliżej domu, idę kilkanaście minut w deszczu, zmarznięte stopy w butach na płaskim obcasie same mnie niosą.

Ciastka z czekoladą i dużo czerwonego wina.

Wieczorem Tricky.

1 komentarz:

  1. też byłam ;)
    ależ to pozytywny świr.
    nawet nie byłam zła, że grali tak krótko.
    mam pół setlisty. walczyłam o nią prawie jak lwica.

    OdpowiedzUsuń