P. znów mówi do mnie tak, jakby posiadł wszystkie mądrości świata i recepty na szczęśliwe życie, a najciekawsze w tym wszystkim jest to, że lekki uśmiech jest moją jedyną reakcją na jego słowa, chociaż jeszcze nie tak dawno temu w podobnej sytuacji usiłowałam przekonywać go, że nie ma racji. Teraz myślałam o tym, jakim musi być niezadowolonym z własnego życia człowiekiem; myślałam o tym, że z nas dwojga to ja wrócę do domu z przekonaniem, że jestem w dobrym punkcie swojego życia. Takim, w którym może zdarzyć się wszystko, bo wszystko się wydarza. Tym razem piłam tylko kawę, paliłam papierosa za papierosem i usiłowałam sobie przypomnieć, skąd znam osobę siedzącą przy stoliku obok. Chłopak miał krótkie ciemne włosy, siedział z laptopem, a obok niego na stoliku stała filiżanka z kawą, popielniczka pełna petów i książka, której tytułu nie potrafiłam dostrzec.
Później w głośnikach bardzo głośno leciał jakiś utwór, którego tytułu ani wykonawcy nie mogłam sobie przypomnieć, chociaż wiedziałam na pewno, że go znam, i dziwiłam się sama sobie, jak mogło mi to umknąć z pamięci, przecież to takie oczywiste, miałam już na końcu języka nazwę tego zespołu i jak przez mgłę przypomniałam sobie, że z kimś o nim niedawno rozmawiałam i było to przy okazji jakiegoś filmu. Filmu z podobną muzyką, może nawet z dokładnie tym samym utworem.
Kiedy wracałam tramwajem do domu przypomniało mi się, że tym zespołem był The Knife. Ale ta myśl szybko umknęła przed kolejną, przypomniała mi się ta piosenka Martiny, I want the soul of something simple to take home with me.
(I myślę o tym, co napisała dziś dramajunkie i o tym, że nie zdaję sobie sprawy, a może wciąż zapominam o tym, że mam prawie wszystko, czego potrzebuję teraz od życia. W tym punkcie, w którym się teraz znajduję. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę wstać od stolika i wyjść. I nie chcę, nie potrzebuję niczego więcej.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz