niedziela, 7 sierpnia 2011

pleasure is all mine.

Życie jak pudełko czekoladek.

Ślub (kościelny), na którym panna młoda nie ma długiej białej sukni, wesele, na którym wciąż rozpoznaję znajome dźwięki. Faithless, Moby, Madonna, Justin Timberlake.

Góry, powietrze jakby inne, nawet upić się jakby trudniej.

Jestem jedną z kilku ostatnich osób, które schodzą z parkietu w prawie już pustej sali weselnej.

Wytrzymuję kilkanaście godzin w butach na obcasach, piję dużo wina, zaskakująco dużo się śmieję. Jeszcze więcej tańczę, o 4 nad ranem po dużej ilości czerwonego wina najlepiej się tańczy do Personal Jesus Depechów.

Wcześniej, niedługo po północy, zrywa się wiatr, rozwiewa mi włosy, przypomina mi się scena z jakiegoś filmu rozgrywającego się w Kaliforni: Kiedy wieje Santa Ana, dzieją się dziwne rzeczy.

Otóż to.

1 komentarz:

  1. też bym sobie znów potańczyła. niekoniecznie na weselu.

    OdpowiedzUsuń