niedziela, 6 marca 2011

and the world laughs with you.

Kiedy w sobotnie popołudnie mówię, że skończyły mi się papierosy, przypominam sobie, kiedy to nastąpiło; w piątkowy wieczór, na jednym z tysięcy balkonów jednego z setek wieżowców blokowiska w mieście W. Jest trochę jak on the rooftop in Brooklyn, niesamowity widok z 12. piętra, wieczór, kiedy widać wszystkie światła z oddali, we lean against railings describing the colors, and the smells of our homelands, acting like lovers.

Świat, mój świat, musi na moment wrócić do równowagi. Do równowagi po tym, jak dowiaduję się od bliskiej osoby o jej planowanym na wiosnę przyszłego roku ślubie, po tym, jak dzień wcześniej dowiaduję się o tym, że M. urodził się syn (tak, pamiętam, mówił, że kiedyś chciałby mieć syna).

Ale przecież nie ja, nie ze mną, nie w ten sposób, nie tutaj. Dlaczego więc mnie to w ogóle obchodzi?

Świat musi wrócić do swej równowagi, a z kim jej nie przywracać jak z K., tym wiecznym chłopcem, który przecież tak naprawdę jest dużym dzieckiem zupełnie tak jak ja.

Ścieżka dźwiękowa tamtego wieczoru zapętla się z tą dzień później:

1 komentarz:

  1. tak niewiele zdań, a tyle prawdy o mnie. pozdrowienia. pierwszy Murakami za mną. chcę więcej.

    OdpowiedzUsuń