Z Krakowa przywiozłam stos książek (te oddane mi, pożyczone, zakupione pod wpływem chwili), dużo nowej muzyki, wspomnienie ostatnich promieni słońca na skórze. Pragnienie bycia gdzieś indziej z kimś innym. Smutek, który pojawia się późnym wieczorem już w moim miejscu zamieszkania. Obtarte stopy od nowych butów. Spóźnione, a przez to zupełnie nieoczekiwane, prezenty urodzinowe. (Ta przeklęta trzydziestka, która jednocześnie sprawia, że nagle otwierają się odpowiednie korytarze w głowie. Chociaż może wiek akurat nie ma tu nic do rzeczy.)
Chciałabym móc powiedzieć, że ten kilkudniowy wyjazd i oderwanie od dobrze znanej i oswojonej rzeczywistości tutaj w mieście W. sprawił, że wyleczyłam się z pewnych chorób, uczuć czających się gdzieś pod skórą. Naprawdę chciałabym.
Tymczasem płyta, o której pięknie Anna Gacek napisała niedawno, że to płyta, która sprawia, że chcesz robić rzeczy przyjemne, brzmi zupełnie inaczej kiedy słuchasz jej z myślą o konkretnej osobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz