czwartek, 27 października 2011

ask me if I care.

Codzienne rytuały, otwieranie butelki wina, czytanie książek (Bator, Egan, Houellebecq), kawa w środku dnia w zaskakująco zatłoczonej kawiarni.

Z K. łączy mnie najdziwniejsza relacja w życiu; uświadamiam to sobie w chwili, kiedy po północy wychodzimy razem z knajpy pełnej ludzi na prawie pustą ulicę, jeszcze w głowie szumi od dużej ilości wina i głośnej Florence Welch, którą puszczali w środku.

Dopóki mi nie powiedziałaś, że ona jest taka krzykliwa, w ogóle tego nie zauważyłem, mówi on, zapala papierosa, wyciąga w moją stronę dopiero co otwartą paczkę. Przecząco kręcę głową, zastanawiam się, po co w ogóle za mną z tej knajpy wyszedł, mam wrażenie, że zaraz wytknie mi te momenty - a dobrze wiem, że je wszystkie zauważył - w których można mnie było przyłapać na kłamstwie; nasze  skrzyżowane spojrzenia nad stołem, przy którym siedziało także kilkoro znajomych - tak, to wszystko sprowadza się do tego, że stoimy przed tym wejściem o pierwszej w nocy i z jakiegoś powodu żadne z nas nie chce iść w swoją stronę.

Nagle czuję się zupełnie bezbronna, odarta ze swojego pancerza, uśmiechu przyklejonego do twarzy; zaciskam mocniej poły płaszcza, nagle zaczęło jakby bardziej wiać.

Nie wyszło nam bycie razem, i z jakichś powodów nie wychodzi też bycie z kimkolwiek innym.

Detale, szczegóły.

Wystrój kawiarni, w której piliśmy kawę i do której już nigdy potem nie wróciliśmy.

Książka, którą dostałam od niego na urodziny, którą nadal mam na swojej półce, a której nigdy nie przeczytałam.

Mam wrażenie, że wszystkie inne znajomości, te burzliwie zakończone, których konsekewncją było rozdawanie otrzymanych książek znajomym, wyrzucanie nagranych płyt, kasowanie zdjęć z komputera i numerów telefonów z komórki; wszystkie te znajomości, które odbijały się we mnie echem, powodowały wybuchy złości i coś na kształt paniki, jak ta kilka tygodni temu w Londynie - wszystko to było przejawem dramatyzmu, którego nigdy nie udało mi się zwalczyć.

A tak naprawdę okazuje się, że za skórę wchodzą ci, których numer telefonu nadal wyświetla się w twojej komórce, a książki i płyty wciąż, chociaż pod warstwą kurzu, leżą gdzieś na półce.

 

5 komentarzy:

  1. balmorhea i slonce za oknem. dzis jest inne od wczoraj. glebsze, cichsze. chyba bardziej samotne.

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo mi się podoba ta notka pod względem literackim. czytało mi się jakby była fragmentem książki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałabym kiedyś zobaczyć tomik opowiadań pod Twoim nazwiskiem.

    I żeby przestało wiać, przewiewać i chłodzić, żebyś była spokojna i szczęśliwa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ogniotrwalyusmiech - nie taki znowu anonimowy. Nie całkiem rozumiem system podpisów na blogspocie :)

    OdpowiedzUsuń