Codzienne rytuały, otwieranie butelki wina, czytanie książek (Bator, Egan, Houellebecq), kawa w środku dnia w zaskakująco zatłoczonej kawiarni.
Z K. łączy mnie najdziwniejsza relacja w życiu; uświadamiam to sobie w chwili, kiedy po północy wychodzimy razem z knajpy pełnej ludzi na prawie pustą ulicę, jeszcze w głowie szumi od dużej ilości wina i głośnej Florence Welch, którą puszczali w środku.
Dopóki mi nie powiedziałaś, że ona jest taka krzykliwa, w ogóle tego nie zauważyłem, mówi on, zapala papierosa, wyciąga w moją stronę dopiero co otwartą paczkę. Przecząco kręcę głową, zastanawiam się, po co w ogóle za mną z tej knajpy wyszedł, mam wrażenie, że zaraz wytknie mi te momenty - a dobrze wiem, że je wszystkie zauważył - w których można mnie było przyłapać na kłamstwie; nasze skrzyżowane spojrzenia nad stołem, przy którym siedziało także kilkoro znajomych - tak, to wszystko sprowadza się do tego, że stoimy przed tym wejściem o pierwszej w nocy i z jakiegoś powodu żadne z nas nie chce iść w swoją stronę.
Nagle czuję się zupełnie bezbronna, odarta ze swojego pancerza, uśmiechu przyklejonego do twarzy; zaciskam mocniej poły płaszcza, nagle zaczęło jakby bardziej wiać.
Nie wyszło nam bycie razem, i z jakichś powodów nie wychodzi też bycie z kimkolwiek innym.
Detale, szczegóły.
Wystrój kawiarni, w której piliśmy kawę i do której już nigdy potem nie wróciliśmy.
Książka, którą dostałam od niego na urodziny, którą nadal mam na swojej półce, a której nigdy nie przeczytałam.
Mam wrażenie, że wszystkie inne znajomości, te burzliwie zakończone, których konsekewncją było rozdawanie otrzymanych książek znajomym, wyrzucanie nagranych płyt, kasowanie zdjęć z komputera i numerów telefonów z komórki; wszystkie te znajomości, które odbijały się we mnie echem, powodowały wybuchy złości i coś na kształt paniki, jak ta kilka tygodni temu w Londynie - wszystko to było przejawem dramatyzmu, którego nigdy nie udało mi się zwalczyć.
A tak naprawdę okazuje się, że za skórę wchodzą ci, których numer telefonu nadal wyświetla się w twojej komórce, a książki i płyty wciąż, chociaż pod warstwą kurzu, leżą gdzieś na półce.
Książka, którą dostałam od niego na urodziny, którą nadal mam na swojej półce, a której nigdy nie przeczytałam.
Mam wrażenie, że wszystkie inne znajomości, te burzliwie zakończone, których konsekewncją było rozdawanie otrzymanych książek znajomym, wyrzucanie nagranych płyt, kasowanie zdjęć z komputera i numerów telefonów z komórki; wszystkie te znajomości, które odbijały się we mnie echem, powodowały wybuchy złości i coś na kształt paniki, jak ta kilka tygodni temu w Londynie - wszystko to było przejawem dramatyzmu, którego nigdy nie udało mi się zwalczyć.
A tak naprawdę okazuje się, że za skórę wchodzą ci, których numer telefonu nadal wyświetla się w twojej komórce, a książki i płyty wciąż, chociaż pod warstwą kurzu, leżą gdzieś na półce.
balmorhea i slonce za oknem. dzis jest inne od wczoraj. glebsze, cichsze. chyba bardziej samotne.
OdpowiedzUsuńbardzo mi się podoba ta notka pod względem literackim. czytało mi się jakby była fragmentem książki.
OdpowiedzUsuń@poli dzięki.
OdpowiedzUsuńChciałabym kiedyś zobaczyć tomik opowiadań pod Twoim nazwiskiem.
OdpowiedzUsuńI żeby przestało wiać, przewiewać i chłodzić, żebyś była spokojna i szczęśliwa.
Ogniotrwalyusmiech - nie taki znowu anonimowy. Nie całkiem rozumiem system podpisów na blogspocie :)
OdpowiedzUsuń